kategoria: varia
10 e-marketingowych mitów, które należy bezwzględnie obalić
komentarzy: 0
10 e-marketingowych mitów
 

Ktoś Ci poradził, abyś założył firmowe profile na wszystkich portalach społecznościowych albo oparł e-mail marketing na kupionych bazach? Zanim go posłuchasz, lepiej to przeczytaj…

Z internetu czy od znajomych, którzy „zawsze wiedzą lepiej”, często można dowiedzieć się wielu interesujących rzeczy na temat marketingu w internecie. O ile część z nich jest warta przemyślenia, o tyle niektóre pomysły powinieneś od razu wyrzucić do kosza. Na poniższe powinieneś być wyczulony jak kot na mysz.

Zła porada nr 1: „Załóż firmowe profile na (wszystkich) portalach społecznościowych, to jest teraz trendy!”

Oczywiście fanpage na Facebooku czy profil w Google+ to w dzisiejszych czasach niemalże standard, ale w social mediowej strategii obowiązuje zasada: „jakość, nie ilość”. Jeśli założysz konta nie tylko na Facebooku i Google+, ale również na Twitterze, Pintereście i Flickrze, tylko po to, aby na nich być (nie zaś po to, aby je aktywnie prowadzić, a nie wierzę, że można skutecznie prowadzić działania na pięciu czy więcej portalach społecznościowych jednocześnie), lepiej się wycofaj. Odniesiesz odwrotny efekt wizerunkowy od zamierzonego. Pojawiaj się na tych portalach społecznościowych, gdzie czujesz się najlepiej i gdzie widzisz najwięcej potencjalnych klientów. Sprzedajesz gadżety dla młodzieży? Poszukaj odbiorców na Facebooku. Masz portal z przepisami kulinarnymi? Może Pinterest będzie właściwym miejscem na pokazanie się?

Zła porada nr 2: „Chcesz odnieść sukces w e-mail marketingu, ale nie masz bazy adresowej? No to ją kup!”

Kupiona baza adresowa może okazać się najgorszą inwestycją e-marketingową. Zapamiętaj na zawsze – najbardziej wartościowa baza adresowa to ta, którą zbudowałeś sam, organicznie, za zgodą odbiorców, a następnie rozwijałeś, zaciekawiałeś czy pomagałeś jej, rozsyłając wartościowy newsletter. Tej liście możesz z powodzeniem sprzedawać. Jeśli jednak myślisz, że wystarczy kupić bazę adresową dopasowaną do twojej grupy odbiorców (na przykład „właściciele przedsiębiorstw”, aby sprzedać najnowszy system ERP), aby wynieść swoją sprzedaż na wyżyny, możesz się przeliczyć. Nie twierdzę, że na pewno nic nie sprzedasz, ale gdy policzysz ROI z kampanii, na 99% będziesz zawiedziony.

PS. Chyba nawet nie muszę pisać o jakości baz sprzedawanych na Allegro po 15 zł, 9 zł, 3 zł…? ;-)

Zła porada nr 3: „Postaw na automatyzację marketingu, a Twój e-mail marketing wystrzeli na orbitę!”

Absolutnie nie twierdzę, że automatyzacja marketingu (marketing automation) jest nieprzydatna. Przeciwnie, potrafi wyśmienicie wspomóc proces tzw. dojrzewania leadów (lead nurturing). Ale jeśli liczysz, że zaraz po wdrożeniu tego typu narzędzia Twoja sprzedaż poszybuje w górę, to prawdopodobnie nasłuchałeś się zbyt wielu „handlowych gadek”. Jeżeli nie zadbasz o ciągły napływ nowych, wartościowych leadów (zachęcający pop-up na stronie internetowej? landing page ze specjalną ofertą?), nie zaobserwujesz żadnego albo prawie żadnego wzrostu sprzedaży przez ten kanał. Automatyzacja marketingu to uzupełnienie działań e-mail marketingowych, a nie ich podstawa, pamiętaj.

Zła porada nr 4: „Jeśli chcesz, aby ludzie czytali maile od Ciebie, to personalizuj! Personalizuj, gdzie tylko możesz!”

Owszem, personalizacja potrafi być skuteczna. Jeśli nie napiszesz do mnie w temacie maila: „Hej, mam dla ciebie super ofertę!”, tylko: „Artur, mam dla ciebie super ofertę!” (absolutnie nie sugeruję, że to dobry tytuł!), to z większym prawdopodobieństwem zwrócę na niego uwagę. Jeśli jednak będziesz do mnie pisał per Artur na początku każdej wiadomości, to albo przestanie to na mnie działać, albo – co gorsza – poczuję się napastowany (i nie tylko ja, gwarantuję Ci). Znaj umiar. I pamiętaj, że gdy jakieś rozwiązanie staje się powszechne, to automatycznie traci swoją skuteczność. Gdy wszyscy będą pisać do mnie per Artur, to prawdopodobnie większą uwagę zwrócę na mail od kogoś, kto napisze do mnie, nie stosując personalizacji (i podobnie zrobi multum innych homo sapiens). To samo tyczy się popularnych od jakiegoś czasu symboli, umieszczanych w tytułach newsletterów – gwiazdek, kwiatków, krzaczków

Zła porada nr 5: „Zmień kolor swoich CTA na czerwony, a zobaczysz…!”

CTA, czyli call-to-action, to wszelkie elementy, które nawołują na twojej stronie internetowej do podjęcia działania (jak zresztą sama nazwa wskazuje). Chodzi przede wszystkim o buttony „kup teraz”, „zarezerwuj” czy „zapisz się”. Często słyszy się i czyta, że wystarczy je wszystkie powiększyć i zmienić ich kolor na czerwony bądź pomarańczowy, a współczynnik konwersji automatycznie wzrośnie. Po pierwsze – nigdy nie wierz na słowo i sprawdzaj sam za pomocą testów A/B, co działa lepiej, a co gorzej. To, co sprawdza się u jednego, nie sprawdzi się u drugiego, i vice versa. Po drugie – na współczynnik konwersji składają się przeważnie dziesiątki mniejszych i większych elementów (buttony, hasła, ogólna kompozycja strony, copywriting, zdjęcia, materiały wideo, komentarze, opinie w internecie…). Nie wierz w popularne bajki o tym, jak to pewnego razu zmiana koloru jednego buttona na pewnej stronie internetowej zwiększyła współczynnik konwersji o 100000%.

Zła porada nr 6: „Wpisuj więcej słów kluczowych w tekstach na swojej witrynie, jeśli chcesz, aby pojawiała się wyżej w Google…”

Jeśli ktoś udzieli Ci takiej rady, to będzie znaczyło, że utknął gdzieś na początku tego wieku. Wtedy właściwe zagęszczenie słów kluczowych w tekstach i dodanie mapy linków w stopce potrafiło zapewnić niezłe pozycje w SERP-ach (Search Engine Result Pages), ale – uwaga – te czasy dawno minęły! Na pozycje w Google wpływa o wiele więcej czynników i o wiele ważniejszych niż wykorzystywanie słów kluczowych na stronie głównej czy na podstronach (co nie znaczy, że słów kluczowych nie powinieneś używać, bo powinieneś). Przykro mi, ale musisz postarać się znacznie bardziej, jeśli chcesz osiągnąć wysokie pozycje w wynikach organicznych. Co dokładnie powinieneś robić? To już temat na odrębny artykuł.

Zła porada nr 7: „… a do tego dbaj o jak największą liczbę linków prowadzących do Twojej strony!”

Ten punkt, podobnie jak poprzedni, znalazłby zastosowanie parę lat temu, gdy rzeczywiście dużą liczbą linków prowadzących do naszej strony internetowej można było osiągnąć całkiem niezłe wyniki. Czym lepsze linki, tym więcej kosztowały, ale generalnie była to sprawdzona metoda. Dokładnie – była. Jesienią tego roku Google zmienił algorytmy (aktualizacja o nazwie Pingwin 2.1), w wyniku czego nienaturalne linki oraz słabej jakości domeny, z których te linki prowadzą, stały się szkodliwą trucizną dla naszego SEO. Za działania, które jeszcze niedawno przynosiły świetne rezultaty, dzisiaj można otrzymać filtr lub ban. Google zmierza do tego, by coraz sprawiedliwiej premiować te witryny, które oferują internautom najbardziej wartościową treść. Na pewno słyszałeś już wiele razy: „content is king!”. Obecnie powiedzenie to nabiera nowego znaczenia w kontekście SEO. Zresztą sam Google radzi: „nie pisz dla silnika wyszukiwarki, pisz dla ludzi”.

Zła porada nr 8: „Stary, a po co Ci w ogóle mobilna wersja strony?”

W Stanach Zjednoczonych popularność smartfonów i tabletów osiągnęła kosmiczny poziom dużo wcześniej niż u nas, ale w Polsce dziś także posiadanie jednego/drugiego/jednego i drugiego jest już standardem. Korzystamy z nich nie tylko do wykonywania połączeń telefonicznych, odbierania poczty elektronicznej czy przeglądania portali społecznościowych/informacyjnych, ale coraz częściej także do zakupów (a co najmniej do przeglądania interesujących nas produktów, aby dokonać przemyślanego zakupu później, na desktopie). Założę się, że Twoją stronę internetową wielu internautów także przegląda na urządzeniach mobilnych (wystarczy, że sprawdzisz to w swoim systemie analitycznym). Zadbaj, aby interakcja z nią była dla nich intuicyjna, szybka i efektywna, bo inaczej mogą już nigdy nie wrócić. Nie musisz przygotowywać osobnej, mobilnej wersji witryny. Wystarczy, że zaprojektujesz ją, stosując się do zasad responsive web designu (RWD).

Zła porada nr 9: „Skróć wszystkie formularze na stronie internetowej – im będą krótsze, tym lepiej!”

Tej porady sam niejednokrotnie udzielałem, ale brzmiała nieco inaczej: „Skróć wszystkie formularze na stronie internetowej DO NIEZBĘDNEGO MINIMUM – im będą krótsze, tym WIĘCEJ OSÓB JE WYPEŁNI!”. Czujesz różnicę? Chodzi o to, aby formularze były tak krótkie, jak to możliwe, ale jednocześnie dane w nich zostawiane tak wartościowe, jak to możliwe. Jeśli ktoś sugeruje Ci, abyś – na przykład – w formularzu zapisu do newslettera pozostawił za wszelką cenę jedynie imię oraz e-mail, ale Ty wiesz, że potrzebujesz dysponować jeszcze jedną informacją o subskrybencie, aby prowadzić skuteczny e-mail marketing (miejsce zamieszkania, płeć?), przeprowadź test A/B na dwóch wariantach formularza. Może różnica w skuteczności będzie tak wielka? Może lepiej będzie mieć w bazie 8 użytkowników z imieniem oraz dodatkową informacją niż 10 z samym imieniem? Przypominam Ci też o formularzach progresywnych. Na pierwszym etapie formularza możesz pytać o podstawowe dane (w przypadku zapisu do newslettera – e-mail oraz imię), a na drugim, opcjonalnym już kroku, o dodatkowe (jeśli użytkownik ich nie poda, zostanie zapisany do bazy wyłącznie z e-mailem oraz imieniem).

Zła porada nr 10: „Dzień dobry, możemy dla Państwa pozyskać [tu wstaw bardzo wysoką liczbę] użytkowników za [tu wstaw bardzo niską liczbę] zł”

To nie porada, a oferta, jaką składają rozliczne firmy, określające się dumnie mianem „agencji interaktywnych” bądź „agencji reklamowych”. W takich sytuacjach cichy głosik gdzieś z tyłu głowy może mówić Ci: „Co z tego, że to brzmi podejrzanie, skoro za tak niewiele możesz mieć tak wiele?”. No tak, jasne, jeśli zależy Ci na UŻYTKOWNIKACH, a nie na KLIENTACH, to inwestuj śmiało. Kiedyś postanowiłem spróbować (ot, eksperyment) i zamówiłem w pewnej „agencji reklamowej” kampanię za 1000 zł, w ramach której owa firma miała sprowadzić na moją stronę internetową 5000 użytkowników (CPC na poziomie 20 gr, wow!). I sprowadziła. Współczynnik odrzuceń dla kampanii wyniósł 80% (więcej o tym arcyważnym wskaźniku pisałem tutaj). Nie chcę przez to powiedzieć, że pozyskiwanie ruchu musi być kosztowne (nie zawsze musi), ale powinieneś: 1) uważać na tzw. oferty nie do odrzucenia, bo składających je firm jest na rynku coraz więcej; 2) zwracać uwagę przede wszystkim nie na koszt kampanii, ale na jakość sprowadzanego ruchu (współczynnik odrzuceń, współczynnik konwersji etc.).

 

Komentarze

Powered by Facebook Comments